Najnowsze komentarze
Złe wibracje to nie złe emocje. To...
Dziabong1 do: ODPRĘŻENIE
Bez moralizowania bo tez mam swoje...
Często właśnie w tamtym miejscu pr...
Jadąc pod górę o zachodzie słońca ...
Andrzej JK do: BABCIA
Dzisiaj Matkę Twojej Babci z mniej...
Więcej komentarzy
Ulubieni blogerzy
<brak ulubionych blogerów>
Moje miejsca
<brak wpisów>
Moje linki
<brak wpisów>

11.03.2017 08:26

BRAKUJĄCY ELEMENT

     Droga była stosunkowo gładka i równa kiedy podkręcałem tempo w swojej MZ. Na dobrą sprawę w rzeczywistości była średniej jakości, ale wystarczała w zupełności do prędkości poniżej pierwszej setki. Za plecami tamtego dnia miałem kolegę G dosiadającego ulepszonego simsona z wydechem poprowadzonym u góry. Dokonywaliśmy próby prędkości maksymalnej która sięgnęła tamtego dnia osiemdziesięciu trzech km/h. G trzymał się tuż za mną, w odległości kilkudziesięciu centymetrów od tylnej lampy ETZ, w tunelu aerodynamicznym stworzonym przez moje szerokie ramiona i talie osy. Ważyłem wtedy 68kg przy 186cm wzrostu - sam nie mogę w to uwierzyć. Obserwowałem jedno jedyne lustro po lewej stronie kierownicy ,patrząc na znaki od G czy przyspieszać, czy może zwolnić.

 

 

     W drodze powrotnej żaden z nas nie zwalniał przy wjeździe do wsi. Okrągły zegar w gumowym kondonie w mojej ETZ wskazywał jakieś 75km. Motocykle pędziły jeden obok drugiego, z tą ryznicą że prowadziłem o połowę długości. Pokonaliśmy łagodny, równy i wyprofilowany lewy zakręt i zaraz potem prawy o tej samej trajektorii. Żaden z nas nie zwalniał. Zbliżyliśmy się do ostatniego 90' który należało pokonać co najwyżej na dwójce. G wyrównał. Pędziliśmy na pewną kraksę. W końcu ktoś pierwszy musiał nacisnąć hamulec. Byłem mniej doświadczony więc czekałem do ostatniego momentu co zrobi kumpel, mając w głowie że dysponuje tarczą przy przednim kole. W końcu wdusilismy po klamce i wdepliśmy po pedale przy prawym bucie. W tej samej chwili rozpoczęła sie redukcja biegów z bardzo szybką operacją klamki sprzęgła. Złożyliśmy motocykle i na wyjściu daliśmy pełne otwarcie miniaturowych przepustnic. W moment później G nacisnoł klakson. Zwolniliśmy i wyrównaliśmy. Przebiliśmy piątki na znak dobrej zabawy. Bo przecież o to chodziło, o zabawę, o poczucie namacalnej w powietrzu adrenaliny. To najprawdopodobniej ona była paliwem napędzającym nasze młode biologiczne ciała.

 

 

     Jego s51 enduro miał delikatne zmiany o ile nie gigantyczne :). Pamietam że G zawsze chciał jeździć szybko i napisał nawet do magazynu MOTOCYKL, w jaki sposób może usprawnić swoje pięćdziesiąt centymetrów sześciennych. Uzyskał wyczerpującą odpowiedź. Modyfikacje zawierały wypolerowanie kanałów ssących na lustro, podcięcie tłoka od srony zasilania, włożeniu korka po winie w otwory w wale korbowym, przerobienie i skrucenie wydechu. To tyle pamiętam co było zrobione. Możliwe że kat wyprzedzenia zaplonu też został zmieniony ale do końca tego nie wiem. Po tych "niewielkich" zabiegach kosmetycznych simsonek chodził jak rasowy myśliwiec. Należało pamiętać o trzymaniu większego stężenia oleju w mieszance benzyny, aby nie doprowadzić do katastrofy, zespolenia tłoka z cylindrem na amen. Nie żadko ucinało klin na wale korbowym trzymający magneto. G miał spore doświadczenie i wycinał go z blachy i obrabiał pilnikiem do metalu na stole w imadle, przy żarówce lampki oświetlającej tylko stół. Reszta wnętrza garażu na tyłach obszernego, szkolnego sadu, gdzie rosły najwspanialsze czereśnie, skąpana była w całkowitej ciemności.

 

     Zasady naszej znajomości były niezwykle proste. Albo szliśmy razem jak w dym, albo każdy szedł we własną stronę. Doświadczaliśmy jednego i drugiego i zawsze powracaliśmy do źrodła, wspólnego mianownika którym była prędkość, benzyna, droga ciągnąca się po horyzont.

 

     W tamtych latach deficyt jazdy na jednośladzie był ogromny. Pewnego zimowego przedpołudnia, słupek cieklego metalu wskazał minus piętnaście stopni Celsjusza. Nic wielkiego pomyśleliśmy. Wystarczyło tylko ciepło się ubrać. Wszystko było wtedy takie proste. Rzucało się pomysł i od razu przechodziło do jego realizacji. Włożyłem na siebie dwa sfetry i trzy kurtki. Kolana zabezpieczyłem gazetami i obwiązałem miodową taśmą żeby zapobiec zsuwaniu. Nie wziąłem pod uwagę tego że na motocyklu jeździ się przecież ze zgiętymi nogami czego nie mogłem uczynić, ze wzedu na brak jakiegokolwiek ruchu w stawie kolanowym. Poprawiłem tą małą dysfunkcję :).

 

      Pojechaliśmy na opuszczoną żwirownie tak dla zaspokojenia motocyklowego głodu. G najechał na zamarzniętą kałuże i wpadł kołami pod lód, zanurzając się w kleistym błotku które natychmiast zamarzło. Musieliśmy je potem odłupywać za pomocą dłuta i młotka z obręczy kół. W drodze powrotnej, na oblodzonej i zaśnieżonej drodze, goniąc G rozpędziłem emzete do siedmiu dyszek. Zrobiło się wtedy przerażająco zimno. Całe ubranie które na sobie miałem w niczym nie pomagało. Chłód wdarł sie wszędzie i powolutku zamrażał mój szpik kostny. W tamtej chwili doświadczyłem największego odczuwalnego chłodu w moim życiu. Nigdy potem nawet nie udało mi się zbliżyć do takiego ekstremum. Po dotarciu do domu tato mój nie był zachwycony z tego czego dokonałem. Oznajmił dosadnie że jeżeli jeszcze raz będę jeździł w taką aurę to przerąbie motocykl siekierą na pól! Nawet nie próbowałem wdawać się z nim w polemikę.

 

 

     Kiedy siedziało się na nocniku u G, czyli gąbkowym siodełku simsona, zasada była jedna.     - SIEDŹ i sie qrwa nie ruszaj!   - Ok spoko, ale wogule?    - Pamiętaj że to ja jestem kierowcą a ty pasandżerem.                                                                                                                 Mówiąc krutko trzeba było ufać koledze bezgranicznie, tak też było, nie żadko z plecami zalanymi potem. Przetarcie czarnym, skórzanym butem marki martens o asfalt było może nie normą, ale zdarzało się podczas głębokich pochyleń. Jazda miała zapewniać maximum frajdy i adrenaliny. Wiatr miał wiać a do uszu miała dochodzić tylko praca dwusuwowego silnika, przerywana czasami szybką wymianą zdań, krutko i na temat. Byliśmy uzależnieni od motocykli. Mechaniczny świat zaczynał glęboko zapadać w matrycach naszych komórek.

 

 

     Wypadów było mnóstwo, nie tylko we dwoje. Byli też inni. Jeździmy po bliższej i dalszej okolicy zwiedzając wszystko co się dało. Przygotowywaliśmy motocykle, zabieraliśmy mapy, kiełbachy na ognisko, pieczarki, suche kromki chleba. Po to aby być samo wystarczalnym i móc skosztować odrobiny wolności i przygody. Wtedy żaden z nas nie przypuszczał że będziemy wspominać te chwile do samego końca.

 

     Refleksja tego wszystkiego jest taka, kiedy zaczyna brakować jednego z nas wszystko nabiera innej perspektywy. Następuje wstrząs, rozłam i zagubienie. Motocykle słabną na sile bo przecież nie jeździmy sami dla siebie, nawet jeżeli śmigamy w pojedynkę. Jeździmy aby móc podzielić się tą jazdą z kimś, opowiedzieć historie, napisać kilka słów na rider blog. Po to aby dać iskrę, zapłon dla młodego pokolenia innego niż nasze lata młodości i beztroski. Jednoślady chartują duszę i pozwalają na zgłębienie własnego ja. Pozwalają poczuć się pewniej. Nie tylko przez prymitywne zaspokojenie ego ale przez coś wiecej. Uczą doświadczać i widzieć szerzej. Zbliżają nie jednokrotnie do siebie ludzi.

     W radio jak by tego było mało grają The Cure "Boy's Don't Cry"... Nie do końca mogę się z tym zgodzić...

 

...Shine On You Crazy Diamond...

Komentarze : 2
2017-03-15 06:41:29 jazda na kuli

super klimat

2017-03-14 18:25:41 okularbebe

Wpis ma moc. Dzięki.

  • Dodaj komentarz